13.8.16

Rozdział siódmy - Prawdziwa przyjaciółka

       Instytut nie starał się nawet dla Grace.
       Leżała tam - to znaczy w skrzydle szpitalnym - dziewiąty dzień, bez zmian. Czasami ktoś przyszedł zmierzyć jej puls, czasami wstrzyknąć coś do kroplówki. Poza tym jej stan nie zrobił na nikim 'z góry' wrażenia, jakiego się spodziewałam - działało to chyba tylko na nas, może by ominęło mnie, gdybym nie dowiedziała się kim była prawdziwa Grace Austen.
      Nagle jakoś stała się dla mnie osobą - prawdziwą osobą z krwi i kości, która zasługiwała na to, żeby traktować ją jak człowieka, a nie jak rzecz. Prawdziwa Grace nie była taka, jak o niej myślałam...
       A jednak - gdybym potrzebowała dowodów na to, że jesteś jakimś nadczłowiekiem - odbiła mi chłopaka, leżąc nieprzytomna i karmiona przez rurkę w gardle. Ja i Sid byliśmy parą odkąd skończyłam osiemnaście lat - co prawda nigdy formalnie, ale dlaczego to miało mieć znaczenie? Cóż, jeśli potrzebowałam czegoś formalnego w tej relacji, to dostałam - zerwanie. Jasne, odbiło mu, ale i tak byłam wściekła, smutna i z mocnym postanowieniem, że będę lać go jeszcze mocniej niż te siusiumajtki, które nam podrzucili. W końcu zasłużył.
      Chciałabym powiedzieć, że wyszłam z treningu, zarzucając po drodze kucykiem, ale tak nie było. Nawet nie miałam kucyka. Spodziewałam się po sobie innej reakcji, ale tylko krzywo na niego spojrzałam - nie wiem nawet, czy coś powiedziałam. Trening szedł mi dobrze, wbrew moim oczekiwaniom.
       Nawet nie byłam smutna. Byłam po prostu wściekła, miałam ochotę kogoś zabić - chciałabym żeby tym kimś miała być Grace - ale zaskakująco była ostatnią osobą, łącznie ze mną, którą bym dotknęła. Nie miałam siły. Byłam zmęczona. Gdybym mogła, położyłabym się na ziemi i zaczęła krzyczeć albo płakać.
       Po prostu miałam ochotę się wyżyć i tyle.
       - Dajesz sobie radę? - Dan położył mi dłoń na ramieniu.
       Nie miałam z nim żadnego kontaktu, co było trochę przerażające. Nie dlatego, że odzywał się jeszcze mniej niż zwykle - miałam wrażenie, że żadne bodźce faktycznie do niego nie docierają - jakby coś zupełnie odcięło go od świata zewnętrznego, tak jak Grace.
       Nie mogli być w żaden sposób połączeni, prawda?
       - Nie rusza mnie to.
       - Grace jest moja. Tylko moja.
       Byłam skłonna myśleć, że gdyby Sid naprawdę w jakiś równie absurdalny sposób, w jaki zauroczył się w niej po czternastu latach, zszedł z nią - Dan zupełnie nie miałby skrupułów, żeby się go pozbyć.
       Ale ja nie zamierzałam dusić Grace poduszką. Wręcz przeciwnie - zamierzałam przestać okazywać jej taką niechęć - chociaż było to bez wątpienia trudne, to na pewno wykonalne. Ja też ją irytowałam, a dawała sobie radę...
        To dalej była Grace Austen - na zrobienie rzeczy niemożliwych potrzebowała do tygodnia.
        - Nie mam na to wpływu, jasne? To nie jest jakaś kłótnia kochanków, a Sid nie odwala tego, co odwala dla jakiegoś zrobienia mi na złość. Poza tym chyba wiesz, co robi Grace w wolnym czasie.
       Usiedliśmy na jednym z parapetów naprzeciwko labolatoriów. Dan rozpiął górny guzik munduru, a ja rozpuściłam włosy.
       - To nasza sprawa, nic ci do tego. Jeśli mi to nie przeszkadza, najwyraźniej mam powód.
       - Nie no, rozumiem. - Odchyliłam trochę głowę i zamknęłam oczy. - To dziwne, no wiesz - tak w ogóle.
       Czy ja właśnie próbowałam obrabiać tyłek osobie leżącej bez życia na szpitalnym łóżku przed kimś w rodzaju jej chłopaka? Dan tylko wzruszył ramionami i oznajmił 'nie dla mnie', ale nie zdziwiłabym się, gdyby mi wygarnął.
       Dlaczego w zasadzie tak uwzięłam się właśnie na nią? Pewnie mogłabym nazwać to jakimś rodzajem obsesji - dlaczego w takim razie nie zauważyłam, że coś jest z nią nie tak?
       Zasadniczo byłam beznadziejnym obserwatorem. Czy ja o ogóle zauważałam cokolwiek, zanim nie uderzyło mnie w twarz?
       Sid położył mi rękę na ramieniu. I chyba nigdy nie był taki szczęśliwy. Dan spojrzał na niego - było w tym wzroku coś, co mroziło krew w żyłach. Nie patrzył na mnie, ale i tak czułam jakby ktoś pistolet do skroni.
       - Dan... - Sid oparł się plecami o ścianę, kiedy podszedł do niego i położył mu obie dłonie na szyi i uśmiechnął się lekko w ten przerażający sposób.
       - K-Katarina, zrób coś...
       - Stój. - Dan powstrzymał mnie ruchem dłoni, a ja stałam jak sparaliżowana. Zupełnie nie miałam władzy w rękach ani nogach - wyglądało na to, że Sid także. Nie bronił się. Dan trzymał nas oboje pod swoją kontrolą. Czułam, że skądś znam to uczucie, ale nie mogłam sobie przypomnieć...
       - Grace się obudziła.


***
        Myśląc 'Grace się obudziła' miałam przed oczami zupełnie inny obraz niż zastałam. Oczywiście - nie łudziłam się, że rozkosznie się przeciągnie, otworzy oczy i poprosi o szklankę wody. Spodziewałam się czegoś podobnego do tego, co ja przeżyłam - bólu głowy, rażącego światła, zdrętwiałych kończyn i dezorientacji. Tylko bez Sida obok łóżka.
        - Ty chuju - burknęłam pod nosem, bo po prostu nie mogłam się powstrzymać. Minęło kilka godzin, a mnie dalej nosiło - może dlatego, że nie mogłam się na nikim wyżyć ani wypłakać w poduszkę.
        Nie żeby to drugie miało odnieść w moim przypadku efekt. Jedynym, co mogłabym zrobić z tą poduszką to rozszarpać ją na strzępy. Nie byłam przyzwyczajona do łez i chyba nawet nie dawały mi ulgi.
        - Mogłabyś odpuścić chociaż teraz, pani kapitan?
        - Nie mówiłam do Grace, a do ciebie, Sid. Ty chuju.
       Zachowywałam się jak dziecko. Niewiele pewnie brakowało żebym tupnęła nogą, zarzuciła włosami - o ile takimi do połowy szyi da się zarzucać - i wyszła. Prawdopodobnie nikt by się zresztą nie zdziwił.
       Kapral chyba mnie rozpieścił - uważałam, że MI się należy, że jestem ważniejsza niż wszyscy inni - że Sid nie miał prawa wybrać kogokolwiek zamiast mnie. Przez chwilę chyba nawet myślałam, że wszyscy powinni zostawić Grace i biec mnie pocieszać, bo ja - Wielki Cezar i Wielka Pani Kapitan - tak chciałam.
       Grace zakrztusiła się pierwszym oddechem, który wzięła bez pomocy aparatury. Jeden z lekarzy stał przy niej i po prostu na nią patrzył, jakby czekał, czy się udusi. Mimo wszystko w końcu otworzyła oczy i podniosła się na łokciu.
       Jej oczy były zupełnie nieprzytomne, wpatrywały się w przestrzeń.
       - Grace, widzisz cokolwiek?
       Uśmiechnęła się delikatnie i opadła na poduszki, przecierając oczy dłońmi.
       - Widzę kolorowe światełka - odpowiedziała w końcu. Coś mnie zmroziło, kiedy usłyszałam tę odpowiedź - Grace nie widziała absolutnie nic. Była ślepa - ta Grace Austen.
       - To pewnie tylko przejściowe, Grace. Nie martw się. Ja będę zawsze.
      Grace zakryła twarz dłońmi i mruknęła niezadowolona, kiedy zbliżył się do niej, żeby ją pocałować.
      - Daj spokój, Siiid... - ziewnęła. - Jesteś naćpany, nie mamy ze sobą nic wspólnego... Ty kochasz panią kapitan, przypomnisz sobie raaanooo.
      - Odmaszerować, to rozkaz. - Zmarszczyłam brwi. - Obaj macie stąd wypierdalać.
       Usiadłam koło łóżka i westchnęłam ciężko, ale nic nie powiedziałam. Nie żebyśmy nie miały o czym rozmawiać - po prostu było tego za dużo. Nie umiałam rozmawiać, zwłaszcza po tym co się stało.
       - Chciałaś się zabić?
       - Chciałam, ale to nie była próba samobójcza. Chciałam połknąć kilka różnych substancji, położyć i... Chciałam żeby to było oczywiste, że po prostu nie dałam rady, wiesz? Nie chciałam żebyście czuli się winni, nie zasługujecie na coś takiego. - Uśmiechnęła się i podała mi rękę. - Jesteś przecież moją przyjaciółką. Nigdy nie przespałabym się z Sidem za żadne pieniądze
       Po wszystkim, co zrobiłam - Grace uważała mnie za przyjaciółkę. Nie za rywalkę. Nie zrobiłaby niczego przeciwko mnie. Ona po prostu nie była mną, nie musiała się mścić.
      - Przepraszam. Za wszystko.
      - Przeprosiny przyjęte. Uśmiechasz się teraz?
      - Tak. Uśmiecham się. - Pokiwałam głową, a potem pozwoliłam jej dotknąć swojej twarzy. Miała zadbane, miękkie dłonie, a jej pomalowane paznokcie delikatnie drapały mnie po policzkach.

***

        Następne dni spędziłam, katując się ćwiczeniami. Cały dzień - od piątej rano do północy. Spałam krótko, ale jakoś nie byłam zmęczona. Jadłam tyle co zwykle - nie miałam ochoty, ale moje widzimisie nie miało znaczenia. Wlaliby mi to do gardła bez prawa łaski.
        Przynajmniej moja kondycja wróciła do normy.
        Ja i Sid próbowaliśmy rozmawiać, ale nic z tego nie wychodziło. Niby wyjaśniliśmy sobie wszystkie rzeczy, jakie były między nami do wyjaśnienia - ale to nic nie zmieniło. Po prostu coś między nami przestało działać.
        Starałam się nie mieć do niego żalu - zrozumieć ten moment strachu o Grace - dokładnie tego samego, który sprawił, że Grace w końcu była tym, kim powinna być. Dalej były rzeczy, które między nami zgrzytały - po prostu byłyśmy inne - ale zaczęłam widzieć też rzeczy, które tego nie robiły.
         - Masz ładny owal twarzy, chciałabym taki mieć. Mój jest bardziej okrągły. Wyglądasz tak... Arystokratycznie.
         Poczułam jak wilgotnieją mi oczy. Nie dlatego, że był to jakiś wzruszający komplement. Nawet nie dla tego, że moja przyjaciółka odzyskała wzrok - chociaż oczywiście mnie to cieszyło.
         Wiesz kto miał kwadratową twarz? Wiesz kto miał twarz jak ci wszyscy ludzie, których malowano portrety? Kapral.
          Kapral był kimś, kogo nie dało się nie podziwiać. Trzymał żelazną dyscyplinę, podczas ćwiczeń okładał batem po łydkach i plecach, a jednak był naszym przyjacielem. Był dla mnie jak ojciec. Dlaczego ja nie umiałam tego połączyć?
          Żałosne, Katarina. Naprawdę żałosne.

PS. Dywizy zamienię na pauzy, kiedy odzyskam dostęp do komputera ;)

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz